poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Budka dla ptaków

Ostatnio mam melodię na budki dla ptaków. Okropnie mi się podobają! Moja koleżanka ma przepiękną kolekcję na murze przed wejściem do domu i zawsze z wielką przyjemnością na nią spoglądam (na kolekcję znaczy się, zresztą na koleżankę też, hehe). Ostatnio nawet zanabyłam sobie dwie budki w Jysku, o czym piszę dwa posty wcześniej. Postanowiłam zgłębić sprawę wykorzystania budki jako ozdoby wewnątrz domu.  Dużo jest inspiracji stricte dziecięcych, w kombinacji z drzewem i półeczkami. A tak off topic - jak pięknie potrafią wyglądać ciemne kolory w dziecinnych pokojach! Tutaj z drzewem w roli głównej:

w zaczarowanym lesie - artfire.com

księżycowe drzewo: etsy.com

słodko i dziewczęco: babycinnokids.com

drzewo genealogiczne z sową, bez budki: etsy.com

wciąż w leśnych klimatach: etsy.com

jesienne drzewo: etsy.com

patchworkowo: ideasforinterior.com

z liśćmi w 3D: Pottery Barn for kids

nieziemsko-zielono: remodelista.com

Ale nie o to do końca mi chodziło. Jest to ładne, ale chodziło mi o coś z większym pazurem. Tutaj jest owszem i drzewo, i budka, ale w roli lampki!

remodelista.com


projectnursery.com

Bardzo mi się podobają domko-półki. To jest coś, co bym chciała widzieć u któregoś z moich dzieci. Cudne, prawda?

zamiast szafki nocnej: decor4all.com

na książeczki: yourhomemagazine.com

stylowa galeryjka: goodhousekeeping.com

mój faworyt: mylittlesquare.com

to samo co wyżej, w bieli, cudo!: mylittlesquare.com

Trochę niewyraźne, ale warto zamieścić - osiedle: sweetandsourkids.com

Równie fajne są wieszaczki z wykorzystaniem motywu budki.

etsystatic.com

kijiji.com

uwaga, leci ptaszek!: decor4all.com

A tu inne propozycje ozdób z wykorzystaniem budki.

wystawka: flickr.com

ogrodowo: ideasforinterior.com

kolorowo, z mieszkańcami: nestingstory.com

ptaszek na gałęzi: decor4all.com

Na deser rarytasik: łożko z wezgłowiem w kształcie budki, lampka-budka i  farba tablicowa! Mniam. I do tego jeszcze sznur światełek…

decopeques.com

A na dokładkę deseru drzewo wymalowane farbą tablicową z budką ptasią:

architectureartdesigns.com

To poniekąd zapowiedź jednego z kolejnych postów – o farbie tablicowej. Może i temat oklepany, ale dla mnie niezmiennie pociągający. Niedługo czeka mnie zmiana pokoju młodszego pacholęcia z dzidziusiowego na dziecięcy i koniecznie chcę znaleźć w nim zastosowanie dla farby tablicowej.

Mam nadzieję, że to, co wyszperałam w necie będzie dla niektórych z was ciekawą inspiracją. Co myślicie o motywie budki ptasiej we wnętrzu?

Do następnego!
Magda

piątek, 25 lipca 2014

Liść-list i inne newsy

Ostatnio Majeczka przyniosła mi listek ze słowami "Zobacz mamusiu, na listku jest coś napisane!":


Rozczuliła mnie. Ci, którzy umieją czytać i pisać, przyjmują to za pewnik. Dla niej pismo odręczne to ciąg dziwnie splątanych szlaczków. Wygląda tak samo, jak te linie na listku. Niesamowite, że wcale nie tak dawno temu wiedza ta była dla uprzywilejowanych!

Na Wybrzeżu dawno nie było tak pięknej pogody. Od trzech tygodni dzień w dzień jest przepiękna pogoda. Z niedowierzaniem słuchamy doniesień, że w Zakopanem zimno, a w Warszawie leje. Zazwyczaj jest na odwrót, hehehe. Lato w pełni, darzy nas owocami. Truskawki już się skończyły, a część z nich skończyła w słoikach. Niestety, koniec z koktajlami... A to nasz ulubiony, truskawkowy na maślance. Wiśnie szklanki zawekowane na kompot - oczywiście przez mamę niezawodną. Czereśnie jeszcze są, ale też już ich czas się dokonuje. 


Moja kochana mama zrobiła też pyszny dżem z wiśni, tej ciemnej odmiany. Dla mnie nie ma lepszej konfitury na świecie! Pochwalę się jeszcze moimi zapasami.

I na koniec trochę smutna historia... W środę, z okazji przepięknego lata nad Bałtykiem, wzięliśmy wolne i pojechaliśmy na Półwysep na plażę. Już na plaży, gdy szukaliśmy miejsca, żeby zrobić "obóz" (przy czterech osobach to już obóz:), Majeczka weszła do wypalonego ogniska. Wyglądało na kompletnie wygaszone, tylko siwy popiół. Okazało się jednak, że było jeszcze gorące oraz że Maja bynajmniej nie jest fakirem. Ma poparzone stópki, zwłaszcza na jednej ma ogromny pęcherz. Z bólu płakała jakieś 2-3 godziny. Teraz jest już dobrze, korzysta ze specjalnych praw chorego dziecka. Jeśli kiedykolwiek się zastanawialiście, dlaczego na plaży nie wolno palić ognisk, to teraz już znacie przynajmniej jeden powód...

Pozdrowienia,
Magda

piątek, 18 lipca 2014

Historia pewnej lipy

U mojego dziadka pośrodku podwórka stała lipa. Piękna, rozłożysta, dająca dużo cienia, pachnąca podczas kwitnienia. Ale też zajmująca za dużo miejsca, a jej lepki sok pokrywał kleistą, ciężką do usunięcia mazią wszystko, co znajdowało się pod nią (głównie samochody).

Lipa była tam od zawsze. Odkąd pamiętam. Nic dziwnego, bo zgodnie z relacją dziadka Jana została zasadzona w roku, gdy kupili posiadłość, a mianowicie w 1916. Zatem dwóch lat jej brakowało do jubileuszu stulecia. Jak byłam mała, to na jednej z jej imponujących gałęzi, której już nie ma od dawna, bo padła przy wichurze, wisiała huśtawka z opony. A w sadzie stały resztki bryczki, na które się wspinaliśmy.

Mój dziadek nie żyje już blisko dwadzieścia lat. Od siedmiu lat w domu tym mieszka moja mama. Co roku urządzamy u niej ognisko na świętego Jana, co jest zresztą kontynuacją tradycji zapoczątkowanej przez dziadka. Zawsze robił ogromne ognisko na polu z okazji swoich imienin. Piekliśmy kiełbaski i opijaliśmy się pepsi, wtedy towarem deficytowym, zarezerwowanym na szczególne okazje. Przyjeżdżały też ciotki, których tak naprawdę nie znaliśmy, wyróżniające się tym, że miały wielkie, piętrowe koki. My też robimy ognisko, tyle, że przenieśliśmy się na podwórze, i zawsze się boimy, że ogień sięgnie lipy. Teraz już nie musimy się bać. W tym roku, w noc świętojańską, zauważyliśmy, że lipa niepokojąco trzeszczy. Półtora tygodnia temu jeden z trzech ogromny konarów padł. Dzięki Bogu na nikogo, ani nawet na nic. Strat materialnych niet.


Dwa pozostałe konary  też nie wyglądały zbyt stabilnie. W porozumieniu z urzędem miejskim przyjechali strażacy, aby dokończyć dzieła zniszczenia, które rozpoczęła natura…  I taki jest koniec przepięknej lipy. Trochę smutno nam. Wszystko się kończy, nawet drzewa… Jednak zawsze tam była. Teraz będzie jakoś tak łyso, dosłownie!

Nieco melancholijnie – do następnego.


M

czwartek, 3 lipca 2014

Domek Tomek i co tam słychać w ogrodzie

Zacznę od mało oryginalnego stwierdzenia – ale ten czas leci… Już wkrótce, w sierpniu, nasza Majeczka będzie obchodzić czwarte (4!) urodziny! To jest niemożliwe przecież! A Miki ma już 20 miesięcy, wszędzie go pełno, gada po swojemu i trochę po naszemu, sam chce siadać na nocnik i w ogóle wszystko sam. Kiedy to się stało? Ech, życie, życie, że się pokuszę o kolejną odkrywczą sentencję.

Na ubiegłe urodziny Maja dostała domek drewniany, taki do ogrodu. Przyszedł surowy i zaimpregnowany. Od razu wiedziałam, że będzie malowanie, i to na biało – i tak też się stało. Rym cym cym. Okiennice i drzwi miały być w innym kolorze, i tu decyzję zostawiłam już szanownej jubilatce. Wybrała przepiękny turkusowy kolor, wcale jej nie podpowiadałam! Myślałam, że wybierze róż albo fiolet, a tu taka niespodzianka. Ostatnio w ogóle jest jakiś odwrót od różu, zastanawiające. A turkusik miodzo. I od ponad miesiąca stoi domeczek jak malowanie w kącie ogrodu. Jest tyci, ale dzieci się mieszczą. Mają tam stolik i dwa krzesełka, oraz zabawki. Na balustradzie wisi kwietnik, też turkusowy.





A propos kwiatów – w przyszłym roku czeka mnie robota w ogrodzie, może ją w końcu polubię… Maja powiedziała, że chciałaby „mieć taki ogród z drzewami i kwiatami”. No to co mi innego zostało? Poza tym zobowiązała się, że mi pomoże w pracach ziemnych, więc nie mam wyjścia. Zresztą, w sumie to dobrze, bo już dawno miałam coś posiać i posadzić, tylko motywacji brak. I cieszę się, że ją to interesuje, myślę, że wspólne oglądanie wzrastających kiełków będzie cudnym doświadczeniem. Na razie ogród wygląda przyzwoicie dzięki regularnemu koszeniu trawy przez męża, a poza tym nic się w nim nie dzieje. Ale w przyszłym roku musi być piękniej!

Wyjątkowo w tym kwitną mi kwiaty doniczkowe na tarasie. Nie mam serca do roślin, które mi się odwdzięczały pięknym za nadobne – średnia długość życia wynosiła tydzień. A w tym roku jakoś się trzymają i nawet mają pąki, niesłychane… Może wyczuły zmianę mojego nastawienia? Mam donice z tujami oraz parę kwiatków. Oraz wiklinowego ptaszka na druciku, którego Mikołaj regularnie wyciąga z ziemi.


Ostatnio, na fali urodzinowej, kupiłam wymarzoną latarnię na taras. Bardzo mi się podoba, a jak pięknie wygląda płomień świecy o zmierzchu! W ogrodzie powtykaliśmy dziesięć lampek solarnych, które też cudnie świecą po zmroku. Aż miło popatrzeć. Szkoda tylko, że je także Miki wciąż wyciąga z ziemi. Ale większość twardo siedzi.


Na urodziny zamówiłam sobie także budki lęgowe dla ptaków. Prawda, że urocze? Pochodzą z Jyska. W tym roku ptaszki już się tam raczej nie wprowadzą, ale i tak miło popatrzeć. Może w przyszłym roku?




To by było na tyle dzisiaj. Mam nadzieję, że moje posty będą częstsze niż przez ostatnie dwa lata. Dziękuję wszystkim, którzy do mnie zaglądają. Do następnego!



Magda 

środa, 2 lipca 2014

Księga Małgorzaty – rzecz o nieprzeciętnej kobiecie


Uwielbiam historie o niezwykłych, silnych i mądrych kobietach, które mimo przeciwności losu podążają za swoimi marzeniami. Nawet dziś nie jest to proste, jak pewnie część z Was doskonale o tym wie. Ale wiecie co? I tak mamy super. Że żyjemy w tych czasach, w tej kulturze. (W niuanse traktowania kobiet dziś przez inne kultury nie będę wchodzić, bo miejsca na twardym dysku by nie wystarczyło, a ja bym się zdenerwowała 1000 x). Możemy same wybierać męża, stroje, zawód, same na siebie zarabiać i same te pieniądze wydawać, na co chcemy… Nie musimy zakładać rodziny,  jeśli tego nie chcemy, a kobieta niezamężna i bezdzietna już nie jest wytykana palcami, nie mówiąc już o tych, które mają dzieci bez ślubu. Nie potrzebujemy męskiego opiekuna – kiedyś kobieta bez takowego była na samym dole hierarchii społecznej; musiała być pod czyjąś opieką, jeśli nie męża, to brata, wuja, ojca, itp., którzy oczywiście decydowali za nią. Możemy kupować nieruchomości i je sprzedawać, możemy uczyć się tego, czego chcemy. Możemy same wychodzić z domu, możemy jeździć na łyżwach, możemy… Och, tę listę można by ciągnąć w nieskończoność!

Wyobraźcie zatem sobie siebie 200, 400 albo i 600 lat temu. Ok, stroje z epoki, muzyka, wystrój wnętrz i tak dalej… Ale przede wszystkim w większości przypadków nie miałybyśmy NIC, ale to absolutnie NIC do powiedzenia, jeśli chodzi o decyzje dotyczące naszego życia. Jeśli miałybyśmy szczęście, wyszłybyśmy dostatnio za mąż, to znaczy miałybyśmy co jeść i w co się ubrać. Męża oczywiście kobiecie wybierali rodzice lub opiekun. Z rzadka się zdarzało, aby je kształcono, uważano bowiem to za stratę czasu, a kobiety z gruntu za głupie. Właściwie szczytem możliwości było zamążpójście, prowadzenie domu i urodzenie dzieci, najlepiej synów, co zapewniało kobiecie jako taki szacunek. Jej obowiązkiem, jako istocie niższego sortu, było posłuszeństwo panu mężowi. We wszystkim.

Brat Grzegorz podniósł wzrok, przerywając pisanie.
- „Wytrwała Gryzelda” to bardzo pouczająca opowieść. Dzisiejsze dziewczęta byłby znacznie doskonalsze, gdyby częściej myślały o lekcji, jaką dała Gryzelda. […]
- Wydaje mi się, że kobieta, która pozostaje posłuszną mężowi, chociaż jest przekonana , że zamordował wszystkie jej dzieci, wcale nie jest cierpliwa i wytrwała, tylko bardzo głupia i tchórzliwa.
                Brat Grzegorz rzucił jej piorunujące spojrzenie. Gdyby była mężczyzną, w jej słowach można by się doszukiwać sensu. On jednak z pewnością nie pozwoli, by jakakolwiek kobieta, szczególnie ta straszna niewiasta, pokonała go w dyskusji.
                Przybrał ton chłodnej wyższości.
- Kobiety są mniej zdolne do rozważania abstrakcyjnych  pojęć niż mężczyźni. Dlatego właśnie jedynym odpowiednim dla kobiety sposobem postępowania jest godzić się z opinią mężczyzny w tych sprawach. Arystoteles rozstrzygnął tę kwestię ostatecznie, mówiąc, że niewiasta jest zdolna jedynie do posłuszeństwa.

Ciekawe? Powyższy cytat jest jednym z bardziej „lajtowych” jeśli idzie o postrzeganie kobiety. Pochodzi z cudownej książki pt. „Księga Małgorzaty” autorstwa Judith Merkle Riley. W jednym z wywodów dowodzi się, że kobiety w ogóle nie są zdolne do myślenia, natomiast doskonale opanowały sztukę imitacji i czasem, dzięki niej, stwarzają pozory, że myślą. Hm…



Rzecz się dzieje w połowie XIV wieku w Anglii. Główną postacią jest Małgorzata z Ashbury, kobieta niezwykła, zadająca sobie wciąż wiele pytań, które z pewnością nie przystoją kobiecie. Jest ciekawa świata; jej umysł wychodzi poza ramy jej epoki o wiele stuleci naprzód. Nie zgadza się na świat urządzony po męsku, na przedmiotowe traktowanie kobiety. Jest żądna wiedzy, potrafi przyjmować porody, zna się na ziołach, nie jada mięsa (rzecz niebywała wtedy), często się myje (!), do dzieci przemawia sercem, a nie rózgą. Los nie szczędzi jej smutnych wydarzeń, które jednak jej nie łamią. Doświadcza też wielu cudownych rzeczy, w tym wspaniałego daru od Boga (który, nota bene, też wcale nie jest zadowolony z kierunku, w którym rozwinął się świat). Ale więcej nie powiem, bo nie chcę zepsuć lektury. Powiem tylko, że pewnego dnia postanawia spisać księgę swego życia, co w ówczesnych czasach, gdzie pisało się głównie żywoty świętych i kopiowało biblię, było rzeczą niebywałą, zakrawającą na herezję. Ponieważ wtedy jeszcze nie umie pisać, zatrudnia, nie bez kłopotów, skrybę, brata Grzegorza, którego historia życia okazuje się niemal równie ciekawa.

Autorką jest Judith Merkle Riley, profesor nauk politycznych w Claremont McKenna  w Kalifornii. Pasjonuje się średniowieczem i za pośrednictwem niezwykłej, wartkiej historii przemyca nam ogrom faktów dotyczących ówczesnego życia codziennego – opisuje zwyczaje, zabobony, jadłospis, stroje, zabawy, wygląd domostw, i jeszcze więcej. Pasjonujące. Zwłaszcza przekonania dotyczące higieny osobistej i sprzątania są dzisiaj nie mieszczą się w głowie. Zawsze jak czytam takie rzeczy to wyobrażam sobie, jak tam wszędzie musiało okropnie cuchnąć.

I jeszcze jedno – jeśli lubicie w książkach element nadprzyrodzony, to ta lektura jest tym bardziej dla Was. Ja na przykład uwielbiam magię (dlatego kocham książki Isabelle Allende), byle nie w nadmiarze. Tu ją znajdziecie!

Mam nadzieję, że Was zachęciłam i sięgniecie po „Księgę Małgorzaty”. Na pewno się nie rozczarujecie.


Serdeczności,
Magda

niedziela, 1 grudnia 2013

Ciasteczka, biblioteka i urodziny

Witam serdecznie w pierwszy grudniowy dzień! U nas pierwsza z czerech świeczka zapłonęła, wyciągnęłam też pierwsze dekoracje, na razie adwentowe, czyli wieniec i domek-latarenkę. Bardzo lubię Adwent, czas oczekiwania... Z dziećmi się jeszcze fajniej czeka!

Tata zabrał Majeczkę z koleżanką do KINA na "Krainę Lodu" (sama bym poszła, no ale cóż, tata był pierwszy - ja za to zabieram Majkę do teatrzyku), Miki śpi, więc popełnię pierwszy od sierpnia post. Mam do pokazania przepyszne ciasteczka "dla zdrowotnosci". Koleżanka z pracy zrobiła, poczęstowała, powiedziała że proste... No i mam. Nazywa się to batoniki muesli Kasi Bosackiej (tej od "Wiem co jem") i faktycznie jest mega proste do zrobienia:) Oto przepis, zaczerpnięty stąd:

Batoniki  muesli Kasi Bosackiej
Składniki:
puszka mleka skondensowanego, słodzonego
125 g dowolnych pestek, nasion
100 g suszonej żurawiny
250 g płatków owsianych
75 g wiórków kokosowych
125 g dowolnych, posiekanych orzechów

Wykonanie:
Wymieszać składniki suche, dodać skondensowane mleko. Tak naprawdę można wrzucić co się ma ochotę. Ja nie wrzuciłam wiórków kokosowych, bo za nimi nie przepadam, a za to dodałam rodzynek i migdałów. Masę wyłożyć do formy wysłanej papierem do pieczenia. Może być  taka prostokątna do ciasta, wtedy wyjdą trochę grubsze, albo blacha z piekarnika, wtedy są cieńsze i trzeba je pokroić na mniejsze kawałki. Ja nie posiekałam orzechów i miałam trochę za cienką warstwę do tych orzechów, ale i tak wyszły pycha! Piec 45 minut w 130 stopniach, Poczekać aż masa wystygnie, po czym pokroić na pożądane kawałki. I już! Tego nie da się zepsuć:) 


A teraz z zupełnie innej beczki: niedawno zapisałam się do biblioteki! Cóż to za wspaniały wynalazek ludzkości! Nie raz już należałam do biblioteki, ale jakoś zupełnie zapomniałam, jaka to wspaniała sprawa. Lubię mieć książki na własność, ale są drogie, a po drugie gdzie je trzymać? I tak mi już biblioteczka wylewa się na korytarz, muszę dorobić jakieś nowe półki albo poszukać nowego miejsca. W mojej bibliotece jest mnóstwo nowości i wypożyczalnia dla dzieci. Młodą też zapisałam, była bardzo zadowolona i od razu pożyczyła trzy książeczki. Ja sobie wzięłam Munro "Dziewczęta i kobiety" i bardzo mi przypadła do gustu. Uwielbiam historie, które się rozgrywają w Ameryce Północnej:) A równocześnie czytam "Anię z Zielonego Wzgórza". Wiecie co... Ta historia jest nieśmiertelna. Wzruszam się niesamowicie przy tej opowieści. Poza tym uwielbiam odkrywać stare opowieści na nowo, teraz dostrzegam dużo więcej. Jako dzieciak interesowała mnie tylko fabuła. Po latach odkrywam mnóstwo szczegółów z codziennego życia, wygląd miejsc, stroje, zwyczaje, lokalizację w czasie i przestrzeni, charakterysytkę postaci. Zresztą podobnie mam z "Dziećmi z Bullerbyn", o czym już kiedyś pisałam na blogu. Polecam sięganie po stare lektury!

A teraz o urodzinach. Już jakiś czas temu zapisałam się na Westwing, jak dotąd żeby czerpać inspiracje, ponieważ portal ten pokazuje cudowne zdjęcia i aranżacje. Z okazji drugich urodzin klub zakupowy propronuje wiele atrakcji, myślę, że warto zajrzeć, są to specjalne urodzinowe kampanie, darmowe dostawy produktów oraz noc zakupów w finale akcji.


Ja jestem wielką fanką blaszek ściennych. Te tutaj są naprawdę przepiękne. 
Myślę, że jeszcze o klubie przeczytacie u mnie, bo w ramach współpracy mogę liczyć na ich stylowe fotki:)

I to by było na tyle dzisiaj. Mam nadzieję, jak za każdym razem zresztą, że będę bardziej regularna. Jak już piszę post, to się zastanawiam, czemu nie robię tego częściej, przecież to takie proste:) Do obfocenia mam przearanżowany pokój Majeczki, dużo ładniejszy teraz moim skromnym zdaniem.

Uściski i do następnego!

Magda

wtorek, 20 sierpnia 2013

Pokój Majeczki

Raz na pół roku to lepiej niż wcale, prawda? Piję do mojej częstotliwości zamieszczania wpisów na blogu:) Ale mam urlop i postanowiłam coś wrzucić. Już dawno wszak obiecałam pokazać pokój Mai, który "zrobił się" już w styczniu! Wcześniej mieliśmy tam pokój telewizyjny. Nie jestem fanką TV i dlatego chciałam, aby był w osobnym pokoju i to się nawet sprawdzało. Cóż, nowy lokator - nasz synek Mikołaj - wprowadził własne rządy. Jemu przeznaczyliśmy dotychczasowy pokój Mai, a jej musieliśmy zrobić nowy.

Parę słów o pokoju zatem. Oczywiście staraliśmy się go zrobić jak najtaniej (co nie oznacza wcale, że poszliśmy na łatwiznę). Projekt oczywiście mój, wykonanie głównie mąż. Prace objęły malowanie ścian (mąż) i mebli oraz lekki ich tuning :) (ja). Oto widok na cały pokój od drzwi:


Meble są wszystkie zdobyczne: łóżko sosnowe po cioci, przemalowane na biało i podrasowane motywem korony na wezgłowiu:


Półka na książki/ zabawki oraz witryna pochodzą z apteki mojej mamy, którą zamknęła półtora roku temu. Zostały odświeżone przez męża (już wcześniej były białe). O skrzyni na zabawki zaś pisałam we wcześniejszym poście - przemalowałam surową sosnową skrzynię z Leroy Merlin i ozdobiłam motywem  misia. 




Witrynie, która służy za szafę, wymieniłam gałki (kupiłam słodkie uchwyty w kropki za grosze na Lokaah.pl) oraz dodałam zasłonki w okienkach (materiał z Ikei na metry + taśma z rzepem). Z boku mebla zamontowaliśmy wieszaczek z uroczą sówką na piżamki, szlafroczki czy kurteczki. Et voila! objawił nam się zupełnie nowy mebel.





Zmotywowana tym projektem zrobiłam obrazki decoupage, co mi się od dawna nie zdarzyło. Wiszą obok witryny.





Oprócz tego na ścianę doszedł ozdobny szlaczek z motylkami i napisem "Maja". Znalazłam w internecie szablony motyli, wydrukowałam, nakleiłam na karton, wycięłam, odrysowałam na ścianie i wypełniłam kolorem. Szlaczek zupełnie od ręki, z ułańską fantazją:) Zakupy to przede wszystkim dywan i rolety, a z pomniejszych - lampka nad łóżko, gałki do mebli, ramki, wieszaczek. Zostało mi jeszcze powiesić parę obrazków, zastanawiam się też nad półeczką na książki, ale nie taką tradycyjną, tylko taką jak na obrazy, że widać okładkę książki. Moim zdaniem to bardzo fajna dekoracja, w dodatku tak łatwo ją zmienić!

A propos sernika malinowego z poprzedniego postu - niestety nie wyszedł mi, więc się nie pochwalę fotką. Miałam skopany przepis, a później znalazłam go u Liski, zresztą jest jej autorstwa. Jak zrobię jeszcze raz i mi wyjdzie, to się pochwalę.

Czeka mnie nowy projekt. Maja miała niedawno trzecie urodziny. Miała pierwszy porządny kinderbal. Jeśli za objaw zadowolenia przyjąć poziom hałasu, to impreza się udała:) Ale ad rem: na urodziny w imieniu jubilatki zażyczyliśmy sobie domek ogrodowy dla dzieci, drewniany. Jest surowy, zaimpregnowany. Przyjdzie prawdopodobnie dzisiaj! Chcę go pomalować na biało. Co do reszty, tj. okiennic i drzwi jeszcze nie zdecydowałam, ale ma być to uroczy bajkowy domeczek. Już się nie mogę doczekać!

Uściski dla wszystkich, którym chce się tu zaglądać. Dziękuję, to bardzo miłe!

Pozdrawiam serdecznie,
Magda




sobota, 30 marca 2013

Blog - reaktywacja - skrzynia na zabawki

Witam serdecznie po długiej przerwie:)

Jakoś mnie nawiedziło, żeby jednak spróbować jeszcze raz prowadzić bloga. Przyznam też nieskromnie, że znajomi pytali, co do jasnej Anielki z moim blogiem. Ostatni wpis był ponad rok temu... Szok! W tym czasie moja córcia Maja zdążyła niemożebnie urosnąć i skończyć już 2 i pół roku, a ja zdążyłam urodzić synka Mikołaja, w listopadzie ubiegłego roku. To może mnie trochę tłumaczy z zaniedbań względem bloga, choć z drugiej strony dla chcącego nic trudnego.

Dziś młody obudził się 5:30. Chlebek pszenno-żytni już się piecze (po długiej przerwie, ale musiałam, bo dostałam zaczyn od koleżanki - dzięki Aga, przepis na blogu), w międzyczasie wstała młoda i ogląda "Dalej, Diego!" (polecam serdecznie, czy wiedzieliście, że leniwce doskonale pływają?), a ja teraz postanowiłam wykorzystać ten czas na wpisanie nowego posta, którego miałam popełnić jakieś pół roku temu:)

Wiedzieliśmy, że Maja przeprowadzi się do innego pokoju i od dawna miałam jego wizję. Ponadto po pokoju dziennym walało się zdecydowanie za dużo zabawek, więc póki Maja nie miała własnego "dorosłego" pokoju (a nie takiego z przewijakiem i łóżeczkiem z burtami), postanowiłam wstawić skrzynię na jej zabawki do dużego pokoju. W Leroy Merlin można kupić surową sosnową skrzynię. Pomalowałam ją na biało farbą do drewna. Wcześniej położyłam szaro-niebieską farbę na krawędziach, do przecierek. Całość ozdobiłam sylwetką misia (tekturki z kształtami kupione w Ikei, wykorzystałam też motyw korony na wezgłowiu łóżka).


Teraz ta skrzynia już stoi dumnie w jej własnym pokoiku. 

Na White Easter planuję trzy ciasta: banoffee pie (przepis u mnie na blogu), tradycyjny sernik i sernik z malinami. Ten ostatni to będzie debiut, więc zdam relację i podam przepis w kolejnym wpisie, podobno niebo w gębie. Mam też do pokazania pokój Mai. Piszę tutaj, co zrobić, bo mam nadzieję, że mnie to zmotywuje do dbania o mój mały wirtualny świat:)

Oho, w samą porę kończę, bo młody się przebudził z pierwszej drzemki:)

Uściski serdeczne i wesołych białych świąt Wielkiej Nocy!


sobota, 11 lutego 2012

Wycieczka do Alicante

Postanowiłam zreanimować mój blog. Choć już dawno nie zamieściłam żadnego posta, to zaglądam tu czasem i z wielkim zdziwieniem i przyjemnością zaobserwowałam, że przybyło nowych gości! Witam Was zatem wszystkich serdecznie:)
Jak zwykle o tej porze roku dostaję fisia. Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale jest to stale występujące zjawisko u mnie, że w styczniu mam kryzys egzystencjalny, chcę coś zmienić w życiu, uciec na Karaiby, wyuczyć się nowego zawodu, i tym podobne fanaberie. Co skutecznie przechodzi z nadejściem cieplejszych dni... Dlatego dla ocieplenia klimatu postanowiłam przypomnieć sobie i podzielić się naszą tygodniową wycieczką do Alicante w Hiszpanii, która miała miejsce w maju ubiegłego roku, tj. 2011. Pojechaliśmy tam z dziewięciomiesięczną wtedy Mają. Spisała się na medal! Tata chodził z nią w chuście przez cały czas i spacerówka okazała się zupełnie zbędnym bagażem. Ani razu jej nie użyliśmy na spacerze!


Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że wcale nie było tam tak gorąco, jak się spodziewaliśmy. Z tego co pamiętam było +/- 25 stopni. Zdarzyło się, że na plażę było za chłodno. Niemniej i tak poplażowaliśmy!


Ten widok jest po prostu przepiękny: morze i góry... I mało ludzi na plaży... Oprócz plażowania oczywiście zwiedzaliśmy Alicante. Najpiękniejsza jest "cygańska dzielnica" (tak ją zwie moja przyjaciółka, która mieszka w Alicante), przez którą trzeba przejść, aby dostać się na wzgórze zamkowe, skąd roztacza się wspaniała panorama miasta.


Dzielnica jest niezwykle urokliwa, pełna krętych, stromych uliczek, malutkich domków poprzyklejanych do siebie w przedziwny sposób, z ludźmi siedzącymi przed domem jak to na wsiach drzewiej bywało. Podobnie jak w całej Hiszpanii, wszechobecne są kafelki malowane ręcznie, dosłownie są wszędzie.


Zdjęcie w lewym górnym rogu to posadzka deptaka ciągnącego się wzdłuż portu, prowadzącego do plaży, reszta to ozdoby z kafelków na ścianach budynków. Poniżej zaś udekorowany domek z dzielnicy cygańskiej, tematyka mocno chrześcijańska. Zdaje się, że tędy prowadzi droga krzyżowa. Te suknie ze szpiczastymi kapturami to tradycyjny strój wielkanocny. Nam się kojarzą tylko z rasistowskim ugrupowaniem, ale w czasie Wielkiej Nocy w paradach (bo Hiszpanie uwielbiają parady i robią je przy każdej okazji - co wiem od mojej przyjaciółki i o czym można poczytać na jej blogu: www.alicantecaliente.blogspot.com) mnóstwo widać takich strojów.

Tutaj rzeczona panorama z widokiem na port...


 i kawałek zamku z bliska:


Włóczyliśmy się tez sporo po mieście, przyglądając się miłym oku detalom:


Jak wspominałam, to był maj. A maj, jak wiadomo, w katolickim kraju to czas I Komunii Świętej. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Przed kościołem kłębiły się tłumy małych panien młodych i admirałów:


Byliśmy na targu i jedliśmy przepyszne, świeże rzeczy. Codziennie śniadanko na tarasie, z pyszną kawką i świeżymi warzywami:


Byliśmy też na targu mięsnym, ale oszczędzę wam widoków, bo były drastyczne. Kozie czaszki, obdarte ze skóry zające, móżdżki na tackach, ratki i inne cuda... Niemniej było to bardzo interesujące. Targ owoców morza stanowił dużo ładniejszy widok. Mniam!


Jednego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do przeuroczej miejscowości o nazwie Altea. Cudne, kręte uliczki z mnóstwem zaułków, kwiatów, ozdobnych krat na oknach, widokiem na morze i góry.







 To był naprawdę piękny dzień. Wszystkie uliczki Altei prowadzą do placu na samej górze, gdzie znajduje się oczywiście kościół i mnóstwo sympatycznych knajpek.


I na deser jeszcze przedziwne formacje drzewne z Alicante:)


Cóż mogę rzec na koniec... Że było wspaniale i że już nie mogę się doczekać kolejnej wycieczki... I wiosny. Choć z drugiej strony dziś zaliczyliśmy cudowny wprost spacer w lesie. Była piękna pogoda, prószył śnieżek jak na hollywoodzkiej produkcji, świeciło słońce, królewna Maja zjeżdżała na saneczkach z górki... Zima też ma swoje dobre strony. Wniosek - trzeba się cieszyć tym co się ma:D

Pozdrawiam "zaglądaczy" bardzo serdecznie i mam nadzieję, że do rychłego!
Magda

piątek, 19 sierpnia 2011

M jak Maja

7 sierpnia nasza córeczka skończyła pierwszy rok życia. To naprawdę niezwykły czas dla rodzica (dla dziecka pewnie też). Obserwowanie rozwoju takiej małej istotki jest fascynującą sprawą, tym bardziej, że w tym czasie postępy są błyskawiczne. Wciąż nie mogę się nadziwić, że jeszcze rok temu jej nie było, a teraz wszędzie pełno tego małego ludzika! Życie bez niej byłoby zdecydowanie smutniejsze, choć z drugiej strony trzeba przyznać, że dziatek mienie jest ciężką harówką:D


Tę prześliczną literkę m w dolnym lewym rogu dostałam od koleżanki - przywiozła ją z samego Nowego Jorku:) Jestem nią zachwycona. Chciałabym sama umieć wydziergać coś takiego, ale sobie odpuszczę:) Może w kolejnym wcieleniu.

I jeszcze pochwalę się, jaki ładny prezent dostałam od mojej przyjaciółki - tym razem z Francji (hohoho, ale światowo się zrobiło:). Jest to wieszak na klucze, ale ja znalazłam dla niego inne zastosowanie: jako stojak na kolczyki. Dla mnie idealny! Myślę, że nawet lepiej sprawdza się w nowej roli.


Chciałabym też serdecznie pozdrowić wszystkich "zaglądaczy", zwłaszcza nowych obserwatorów mojego bloga. Bardzo mi miło, że zechcieliście się u mnie zatrzymać!

Uściski,
Magda

niedziela, 14 sierpnia 2011

Spojrzenie z przeszłości

Co ja mam, co ja mam!
Wspaniałą, cudowną, niepowtarzalną pamiątkę!
Wisiała u mojej babci na ścianie przy piecu, na słomce (kiedyś tak się obrazy wieszało, albo pocztówki, suche kwiaty, i co tam jeszcze się chciało...). Zawsze lubiłam na nią patrzeć. Gdy babcia umarła, jej dom przeszedł gruntowny remont, a pamiątkę wessało. Nawet się czasem zastanawiałam, co się z nią stało. I okazało się, że niedawno kuzynka znalazła ją za piecem! I mi ją oddała:) Ależ się ucieszyłam! Oto ona:


Jest to malunek (rysunek?) sporządzony na podstawie dwóch zdjęć (wiem to od mojej mamy). Nie wiem dokładnie co to jest za technika, może ktoś z was będzie wiedział? Brudzi przy dotyku, jakby narysowano postaci węglem. Przedstawia prababcię Michalinę, babcię Weronikę (tę od słomki i pieca), dziadka Franciszka, moją mamusię po lewej i ciocię Halę. Bardzo mnie wzrusza ten wizerunek... Ale ja w ogóle mam słabość do przedmiotów naznaczonych czasem... Dla mnie jest to wyjątkowa rzecz, bo to moja najbliższa rodzina, unikatowa pamiątka. Tak się cieszę, że się znalazła! Wkrótce zajmie godne miejsce w galerii zdjęć rodzinnych.

M

piątek, 29 lipca 2011

Godne księżniczki:)

Żyję, żyję... Niestety, ostatnio mam dużo pracy i mała ma prawie roczek, a jak się okazuje poziom zaangażowania uwagi przez dziecko rośnie wprost proporcjonalnie do jego wieku:) Jak się teraz ze zdziwieniem dowiaduję, większość moich koleżanek była mniej zmęczona, gdy ich dzieci miały po kilka miesięcy, a nie kilkanaście...

Strasznie zaniedbałam mojego bloga, za co przepraszam wszystkie mile osoby, którym chce się tu zaglądać. Myślami wracam do niego cały czas, obmyślam posty  i wizualizuję fotografie, cóż z tego, gdy nie mam kiedy tego zrobić? Postaram się jednak wrzucać coś częściej niż raz na trzy miesiące.

Już jakiś czas temu bardzo mi przypadł do gustu motyw korony, przewijający się tu i ówdzie w świecie bloggerek-upiększaczek świata. I ja postanowiłam mieć coś z tym motywem! Zrobiłam mały research i postanowiłam wykorzystać papier do prasowanek na poszewkach, które kiedyś byłam zanabyłam w Ikei, i które do dziś mi się szalenie podobają. Żałuję, że ich więcej nie kupiłam. Oto efekt:


Popełniłam też kolejną komódkę, wstyd się przyznać, ale aż w maju... Jest to czas komunii, jak wiadomo. I to właśnie zamówienie na prezent z tej okazji (już drugie takie!). Myślę, że dziewczynka się ucieszyła, tym bardziej, że ofiarodawczyni w jednej z szufladek schowała też uroczą bransoletkę z delfinkami.


Och, tyle mam zaległości... Przede wszystkim relacja z Hiszpanii, gdzie w maju spędziliśmy tydzień. Udało mi się też pójść na koncert Ayo i Prince'a! Ale to na następny post!

Uściski i do rychłego!
Magda
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...