Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia kulinarna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia kulinarna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Szybka zupa pomidorowa, jakże zdrowa!

Dzieci chcą zupę pomidorową! 
No i dobrze.


Ale...
Nie mam rosołu, nie mam wywaru. 

Ale za to mam:

1 szalotkę
1 cebulę
2 marchewki
1/4 selera
1 upieczoną paprykę bez skóry (opcjonalnie)
1 puszkę pomidorów
1 mały przecier pomidorowy
2 liście laurowe 
3 kuleczki ziela angielskiego
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka cukru
sól, pieprz

Szalotkę, cebulę kroję drobno, marchewkę i selera także (można zetrzeć na grubych oczkach). Podsmażam - tu się rodzi smak. Zalewam litrem wody, dodaję liść i ziele, gotuję do miękkości, około 20 minut. Wyciągam liść i ziele, dodaję paprykę, miksuję ręcznym blenderem. Dodaję pomidory z puszki i przecier, sól, pieprz, cukier, wyciśnięty czosnek i jeszcze gotuję chwilę. 
Zupa gotowa! PYCHA. Można podawać ze śmietaną i makaronem, jak kto lubi :) Ale sama też jest wielce zacna. 

Jeśli chodzi o paprykę pieczoną, to zwykle mam ją w lodówce, bo jestem chyba od niej uzależniona. Co tydzień na zakupach kupuję kilka strąków. Przecinam na pół, usuwam gniazda nasienne i układam na blasze skórką do góry. Piekę w 200 stopniach przez około pół godziny, do przypalenia się skórki. Przekładam do pojemnika z pokrywką i czekam, aż wystygną. Skórka sama właściwie odchodzi. Zjadam z apetytem ze wszystkim - na kanapce, w sałatce, do obiadu... albo samą. Mniam!
.
.
.
.
.
.
A teraz Wam się do czegoś przyznam. To wcale nie jest moja zupa na zdjęciu, tylko gotowiec z dyskontu. Posłużył mi do nauki fotografii kulinarnej u Kingi z Green Morning. To było cudowne doświadczenie. Ogromna dawka wiedzy w ciągu dwóch dni. Sama bym dochodziła do niej latami. Uczciwie, rzetelnie przedstawiona. Kinga sama mówi, że robi takie kursy, na jakie sama chciała chodzić, gdy była na początku swej drogi. Dziękuję!

Teraz mi tylko zostało wykorzystać tę wiedzę...

A przepis jest jak najbardziej prawdziwy!! Zupa wyszła przepyszna. Dzieciaki rąbały jak dzikie :)

Uściski!
Magda

sobota, 23 stycznia 2016

Tort na Dzień Babci i Dziadka

W Dniu Babci i Dziadka, który w przedszkolu obchodzono 18 stycznia, Maja zdążyła jeszcze wystąpić w przedstawieniu ku czci. Miki, u którego w grupie przewidziano te fety na 20 stycznia, już nie dotrwał. Teraz oboje pokasłują jak stare menele i siedzą z mamusią w domu. Ponieważ nie mogliśmy iść do naszych wstępnych, oni dzisiaj przyszli do nas. W prezencie dostali laurki cud-urody, moc życzeń oraz skomponowany przeze mnie kalendarz ze zdjęciami wnucząt. Robię tak odkąd się urodzili i to jest wspaniała pamiątka. Dziadkowie co roku cieszą się tak samo mocno.

Ponieważ jestem wciąż na zwolnieniu lekarskim (rehabilitacja postępuje dobrze, dziękuję :), postanowiłam coś zrobić temy ręcyma. Padło na tort bezowy dacquoise, czyli z daktylami. Ale ponieważ nie lubię się przepracowywać, poszłam trochę na skróty i kupiłam gotowe blaty bezowe.
Przepis, z którego korzystałam, pochodzi STĄD. Oczywiście trochę go przerobiłam na własną modłę. Jedno jest pewne - efekt WOW osiągnięty, umiarkowanym nakładem pracy!


TORT BEZOWY DACQUOISE

Będziemy potrzebować:
2 blatów bezowych gotowych lub, jeśli jesteśmy nieco bardziej ambitni, możemy je zrobić sami. Nie podaję przepisu na bezę, ponieważ jej nie robiłam.

Na krem:

  • 250 g (opakowanie) serka mascarpone 
  • 300 ml kremówki 30%
  • 150 g masy kajmakowej 
  • 15 daktyli 
  • orzechy - u mnie pekany, mogą być włoskie, w sumie jakiekolwiek, byle nie solone :), do ozdoby i do masy (garść)
  • do ozdoby - cukier puder i kakao, orzechy, daktyle


Wykonanie:
Serek mascarpone wymieszać z masą kajmakową, najlepiej mikserem na niskich obrotach.
Kremówkę ubić na sztywno i partiami wmieszać z masę serkowo-kajmakową. Dodać pokrojone drobno daktyle i orzechy, delikatnie przemieszać.

Na jeden blat wyłożyć połowę masy, przykryć drugim blatem, na nim rozsmarować pozostałą masę. Nie podjadać masy, co może być trudne. Oprószyć cukrem pudrem i kakaem przez sitko. Udekorować wedle fantazji bakaliami. U mnie jeszcze na środku mały bezik, akurat miałam w szafce :)



Uwagi:
Tort jest baaaardzo słodki, idealny do czarnej gorzkiej kawy. Jest także przepyszny! Masa serkowo-kajmakowo-śmietanowo-bakaliowa jest obłędna, myślę, że można by ją spokojnie samą podawać w pucharkach.

Oryginalny przepis przewiduje blaty o średnicy 23 cm. Moje, z lokalnej cukierni, były sporo większe, nawet je zmierzyłam - około 33 cm. Myślę, że masy mogło być odrobinę więcej, ale i tak był pyszny. Babciom i dziadkowi smakowało bardzo! Pozostałym zresztą też :)



Przepis zdecydowanie do powtórzenia. Może następnym razem porwę się na własnoręcznie upieczone bezy? Mnogość wariacji także jest nieskończona. Można dać bez kajmaku, ale ze świeżymi owocami, albo z kawą, albo z czekoladą... Wspólnymi mianownikami pozostaną bezy, mascarpone i bita śmietana, dodatki - jakie nam w duszy aktualnie grają. 

Uściski!
Magda

Edit: tort jest lepszy, jak trochę postoi w lodówce. Krem fajnie rozpuszcza bezę i całość się po prostu rozpływa w ustach....
M

wtorek, 18 sierpnia 2015

Piszą o Magii Domu!

Spotkało mnie coś bardzo miłego ostatnio, czym chciałabym się z Wami podzielić. Część z Was, która obserwuje mnie na Facebooku , już wie o co chodzi. Na portalu Weranda Country pojawił się wpis o moim blogu i coś na kształt wywiadu chyba... Z moimi zdjęciami. Poniżej przytaczam go w całości, chętnych zapraszam do przeczytania i obejrzenia oryginalnego wpisu.

Kilka słów o urządzaniu wnętrz: Magdalena z Magii Domu

O blogowych inspiracjach, urządzaniu wnętrz i najważniejszych pomieszczeniach w domu rozmawiamy z Magdaleną Lidzbarską, prowadzącą bloga Magia Domu.

Urządzanie wnętrza to dla mnie 
Urządzanie wnętrza to dla mnie przede wszystkim ogromna przyjemność wynikająca z obcowania z pięknymi przedmiotami i świadomości, że być może komuś właśnie pomagam lepiej żyć. Równie ważne są dla mnie uroda rzeczy jak ich funkcjonalność. Nawet najpiękniejszy przedmiot straci na urodzie, gdy będzie zawadzał, 
i odwrotnie, brzydki, a funkcjonalny sprzęt nie zachęca do korzystania z niego… Wierzę, że dobrze zaprojektowane, piękne wnętrze jest w stanie poprawić życie jego mieszkańca, wpłynąć na jego poczucie szczęścia. Mierzę ludzi własną miarką – ja jestem bardzo nieszczęśliwa w brzydkich pomieszczeniach.

Najważniejsze w domu jest
Najważniejsze w domu jest to, aby się w nim dobrze czuć, aby oddawał naszą osobowość. Nie przemawiają do mnie wnętrza, które wyglądają, jakby nikt w nich nigdy nie mieszkał, bezosobowe, wydmuszki z katalogu. Każdy mieszkaniec powinien w jakiś sposób zaznaczyć w nim swoją obecność. Nie wierzę w pogoń za modnymi dodatkami tylko dlatego, że inni je mają. Muszą się nam podobać, musimy czerpać przyjemność z przebywania we własnym domu, czuć się w nim komfortowo i chętnie do niego wracać. Równie ważny jest dobry projekt funkcjonalny.

Mój ulubiony styl wnętrza
Po pierwsze, uważam, że każdy styl można fajnie ograć. A po drugie, nie przepadam za ślepą realizacją danego stylu. Jeśli już muszę jakiś wybrać, to najbardziej przemawiają do mnie wnętrza skandynawskie, ale wymieszane ze stylem retro, plus odrobina nowoczesności. Lubię łączyć, mieszać. Tu coś nowego, tu coś starego, tu fotel z odzysku, a tam podrasowana szafka z sieciówki... Nie lubię, gdy wszystko jest z jednej linii mebli, nie cierpię kompletów, sztampy i przewidywalności. Uwielbiam rzeczy z historią, uważam, że w każdym domu powinien być jakiś przedmiot wiążący się z przeszłością mieszkańców. To dodaje wnętrzu charakteru i wyjątkowości. Bardzo też lubię amerykański styl New Hamptons. Taki trochę skandynawski na bogato. Jasny, stonowany, z naturalnymi dodatkami i morskimi akcentami. Coś wspaniałego!


W kuchni najbardziej lubię

W kuchni najbardziej lubię to, że przyciąga jak magnes wszystkich domowników, jest prawdziwym sercem domu. Zapach ciasta roznoszący się po całym domu to zapach szczęścia, bezpieczeństwa. Dzieci zaglądają przez szybkę piekarnika i nie mogą się doczekać tych pyszności, w których powstawaniu same uczestniczyły – w moim domu jest zawsze walka, kto ma trzymać mikser. A w mojej kuchni lubię to, że jest połączona z salonem i jadalnią, dzięki czemu mogę swobodnie rozmawiać z moimi gośćmi, jednocześnie szykując poczęstunek. 


W salonie moich marzeń nie może zabraknąć
W salonie moich marzeń nie może zabraknąć wygodnej kanapy i dużego stołu. To najważniejsze meble, wokół których skupia się życie rodziny. Oprócz tego muszą być duże okna, najlepiej od sufitu do podłogi, z widokiem na ogród. Nic tak nie koi oczu jak zieleń. Z salonu wychodzi się na duży, ukwiecony taras, a dalej na trawnik… I taki salon właśnie mam! Można by ewentualnie popracować nad kwiatami, bo nigdy nie miałam ręki do roślin.


Te dodatki zawsze się sprawdzają
Rośliny będą pasowały do każdego wnętrza. Oprócz tego oprawione fotografie rodzinne. Przezroczyste szkło i biała porcelana. Plakaty z typografią. Może poduszki? Ale tak naprawdę nie ma chyba uniwersalnych dodatków, wszystko zależy od wnętrza i nastroju, jaki chcemy osiągnąć. Rośliny mogą być swojskie i egzotyczne, w metalowej doniczce, albo malowanej glinianej; biała porcelana ma także mnóstwo oblicz. Ascetyczny nastolatek zapewne nie będzie chciał poduszek, jeśli wymyślił sobie nowoczesne, minimalistyczne wnętrze, a romantyczna nastolatka będzie wolała od typografii np. starą rycinę.


Inspiruje mnie
Właściwie wszystko. Wszędzie widzę piękno. Nigdy nie wiem, jaki obraz każe mi się na chwilę zatrzymać i go podziwiać. Ale chyba najbardziej przyroda, jej różnorodność, zmienność. Gdy nie jestem pewna, czy dane kolory do siebie pasują, szukam takiego zestawienia w przyrodzie. Uwielbiam neutralne bazy, inspirowane naturą, z mocnymi akcentami kolorystycznymi, co można przyrównać np. do barwnych kwiatów na łące.


Kiedy myślę o domu za miastem
Kiedy myślę o domu za miastem widzę niewielką wiejską chatkę, z jedną dużą izbą na dole i sypialniami na pięterku. Chatka ma historię, jest wybielona w środku, ożywiona kolorowymi dodatkami w stylu boho lub folk. Jest urządzona pomysłowo, nieszablonowo, zdobycznymi meblami, własnoręcznie odnowionymi lub upolowanymi na strychu u sąsiada albo pchlim targu. Oczywiście są w niej wszystkie udogodnienia cywilizacyjne, a za nią spory taras, na którym przesiadujemy. I woda! Rzeka, jezioro lub morze. Cała rodzina czeka, aż nadejdzie weekend, żeby móc tam pojechać! To moje wielkie marzenie do spełnienia.

Wypowiedzi: Magdalena Lidzbarska z www.magiadomu.blogspot.com
Opracowanie: Katarzyna Kujac
Zdjęcia: Magdalena Lidzbarska

wtorek, 23 czerwca 2015

Konkurs i warsztaty fotografii kulinarnej

Kupię doładowanie czasu, ktoś wie, gdzie można nabyć??? To niewiarygodne jak czas ucieka, trzeba go wciąż gonić! Z drugiej strony - dużo się dzieje.

W sobotę miałam przyjemność uczestniczyć w warsztatach kulinarnych na zamku w Gniewie zorganizowanych przez Stowarzyszenie Kucharzy Polskich. Tego samego dnia odbywało się wręczenie nagród w konkursie fotografii kulinarnej organizowanej przez to samo stowarzyrzenie, w którym wzięłam udział. Jak to się stało, opowiem zaraz :) Konkurs podzielono na trzy kategorie, w każdej był zadany temat. I tak profesjonaliści fotografowali makaron, blogerzy kulinarni wołowinę, a amatorzy (czyli ja) jajko. Gdy dostałam maila, że moje zdjęcie przeszło do finału, omal nie spadłam z krzesła! Bardzo się ucieszyłam. Oto zdjęcie, które poszło w świat:


A  TUTAJ cała galeria zdjęć finałowych. Czyż nie są fantastyczne???

A jak to się w ogóle stało, że wysłałam to zdjęcie? Bardzo lubię fotografować, co wszyscy już zapewne wiedzą. Kiedyś mimochodem koleżanka poleciła mi lekturę "Ujęć ze smakiem" Helene Dujardin (dzięki Jola:). Potem okazało się, że to żelazna pozycja każdego początkującego fotografa i blogera kulinarnego. Kolega z pracy, który fotografuje, zobaczył u mnie tę książkę i podesłał mi link do konkursu (dzięki Paweł :). Pomyślałam sobie, a co mi tam, przynajmniej się czegoś nauczę i wysilę mózgownicę... :)

A tak przy okazji, polecam książkę Helene Dujardin, jest fantastyczna!


Finaliści mogli zapisać się na warsztaty fotografii kulinarnej, co oczywiście pospiesznie uczyniłam. I tak oto w sobotę 20 czerwca miałam okazję poznać osobiście część autorów fantastycznych zdjęć jedzenia, które są w podlinkowanej wyżej galerii. Spotkanie poprowadził  Jakub Kazimierczyk, którego prace możemy podziwiać w reklamach m. in. Starbucksa czy Pizzy Hut. Najpierw opowiedział o tym, jak sam pracuje, z czego korzysta, co najbardziej lubi i czego unika. A potem przeszliśmy do części praktycznej, do której wszystkich świerzbiły już ręce. Dla mnie, która jestem kompletnym amatorem, najciekawsze było to, jak pracują profesjonaliści.

Nagrody sponsorował Olympus OM-D i podczas warsztatu można było sobie wybrać aparat i obiektyw, by na nim pracować. Ja jednak postanowiłam zostać przy moim Canonie.

Tak mniej-więcej chyba wygląda studio zawodowego fotografa... A gwiazda sesji leży skromniutko pośród tych machin pośrodku.


Dla mnie to kompletny kosmos. W ogóle nie znam się na sztucznym świetle! A tu taka machineria! I w dodatku wszystko ma swój cel i sens!


Jakub korzysta także z wielu gadżetów, które nie pochodzą ze sklepu fotograficznego. Np. taką blendę można zrobić sobie samemu za kilka złotych. Światło przepuszczone przez luksfer także daje świetne efekty.




Scenkę można fantastycznie doświetlić najzwyklejszym lusterkiem. 


A tu coś, co Jakub nazywał, o ile dobrze pamiętam, gobo. Jest to konstrukcja z rurki aluminiowej i srebrnej taśmy izolacyjnej. Koszt także kilka złotych. Jego zadaniem, podobnie jak luksfera, jest urozmaicenie tła, rzucenie atrakcyjnych plam światła. Mnie to kojarzy się z piknikiem w sadzie, gdzie letnie światło przepuszczają młode liście drzew...




Scenka zaaranżowana przez Jakuba. "Aktorzy" stoją na deskach pomalowanych na biało. Albo nie, przecież na stole w sadzie albo wiejskiej kuchni... Ponieważ jestem kompletnym laikiem w kwestii sztucznego oświetlania, było to dla mnie niesamowitym przeżyciem. W ciężkim szoku byłam też (choć teoretycznie o tym słyszałam), gdy mój aparat podpięłam pod tzw. gorącą stopkę (czyli tam, gdzie się wpina flesz) i wszystkie ustawienia światła zadziałały w momencie wyzwolenia migawki! Zastosowałam się pod wytyczne Jakuba co do ISO, przysłony i czasu naświetlania i wyszło coś takiego.


Jakub pokazywał także możliwości nowych aparatów. Powiem szczerze, że chwilowo przekraczają moją percepcję. Zapamiętałam przede wszystkim sterowanie aparatem przez telefon... I ustawianie ostrości na danym obiekcie palcem na wyświetlaczu :) W każdym razie opcji jest mnóstwo i na pewno są przydatne. Ale ja na razie zostanę przy wyzwalaniu migawki ręcznie.

W pierwszej scenie ćwiczyliśmy sztuczne oświetlenie. W kolejnych stawialiśmy na naturalne światło, co jest mi zdecydowanie bliższe i co na razie chcę ćwiczyć. Na sztuczne jeszcze przyjdzie czas. Tak wyglądają kulisy zdjęcia, w którym główną rolę zagrała mozzarella. Za tło służą panele z marketu :) Ale trzeba uważać, nie każde się nadadzą. Te zbyt plastikowe podobno wychodzą słabo na zdjęciu. Widać ich sztuczność.


Klimat jak na włoskim stole, prawda? 


Kolejnym obiektem były gofry. Tutaj Jakub pokazywał, jak przydatny jest statyw z możliwością wygięcia go do poziomu. 


A poniżej moje wprawki. 




Zacznę chyba też gromadzić rekwizyty :) I tak jestem gadżeciara sprzętów domowych, ale teraz mam wymówkę - no przecież potrzebuję do sesji... Profesjonaliści polują na cudeńka na pchlich targach, po strychach i piwnicach, mają zawsze oczy szeroko otwarte i to, co dla kogoś może być rupieciem, może się okazać kluczowym elementem sesji. To samo z tłami i podkładami - stare deski, panele, tapety... Wszystko się może przydać!

Niesamowite było także to, gdy Jakub w czasie rzeczywistym obrobił zdjęcie w Ligthroomie, które moim zdaniem już wcześniej było bardzo ładnie. Potem zestawił oba zdjęcia i różnica była ogromna, choć to przecież było wciąż to samo zdjęcie! Mam wrażenie, że łuski opadają mi z oczu i zaczynam dużo więcej widzieć.

Jakie mam wnioski po spotkaniu? Że mnóstwa rzeczy nie wiem. I wcale mi to nie przeszkadza. Na razie chcę ćwiczyć robienie pięknych zdjęć wykorzystując to co mam. Nie mam zamiaru inwestować w sprzęt oświetleniowy. Będę wykorzystywać naturalne światło i ew. gadżety pomagające je zmodyfikować, czyli blendy, lusterka, itp. Póki nie poczuję, że to mi nie wystarcza. Jestem ogromną fanką zdjęć Kingi Błaszczyk z  Green Morning i Helene Dujardin z  Tartelette. One właśnie tak pracują, a efekty ich pracy są oszałamiające!!! Najważniejszy jest pomysł. Technika w realizacji pomaga, ale można zrobić naprawdę fantastyczne zdjęcia mało zaawansowanym sprzętem, wykorzystując zastane światło i posiadane rekwizyty.

Cieszę się także, że mogłam poznać świetnych ludzi. To zawsze jest największa wartość takich spotkań. 

W tym samym czasie co warsztaty na dziedzińcu zamku odbywały się Dorszowe Żniwa. Bardzo szanowne jury oceniało zmagania kucharzy. Poznajecie tego pana z wąsem?


To by było chyba na tyle. Ależ się rozpisałam!!! Bardzo się cieszę, że mogłam wziąć udział w takiej przygodzie, że poznałam fantastycznych ludzi, że miałam okazję zobaczyć, jak pracują profesjonaliści. W przyszłym roku na pewno też wezmę udział! W międzyczasie będę się mocno dokształcać, pstrykać, robić sesje. Może wygram??? ;)

Uściski i dziękuję serdecznie za wizytę!

Magda

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...