wtorek, 6 kwietnia 2010

Trzy prace

Święta minęły pod znakiem pysznego jedzenia, oczywiście, i niestety przeziębienia... Nie wiem jak, nie wiem kiedy, bardzo się przeziębiłam. Teraz już chyba wychodzę na prostą, ale wciąż nie jestem zdrowa, buu... A muszę wyzdrowieć, bo, jak już wspominałam, 16 mamy lecieć na tydzień do Alicante! Jak nie wyzdrowieję na 100% to nie polecę w moim stanie. A bardzo się cieszę na ten wyjazd. Po pierwsze dawno nigdzie nie byliśmy, a po drugie potem długo nigdzie nie pojedziemy:) Ma być plażowanie, zwiedzanie; planujemy wycieczkę do Murcji i Walencji, bo są niedaleko...

A z przyjemności to czeka nas jeszcze w niedzielę najbliższą koncert Grzegorza Turnaua! Ostatnio na jego koncercie byłam w liceum albo tuż po, w gdańskim Żaku jeszcze w starej siedzibie, czyli bardzo dawno temu:) Było cudownie. Mam nadzieję, że teraz też tak będzie. Zapraszamy też moją mamę, która go lubi. Tak więc z wielu przeróżnych względów motywacja do zdrowienia jest wielka...

Jeszcze przed świętami zrobiłam trzy prace. Pierwsza z nich to listownik. Potraktowałam go minimalistycznie przecierkami oraz wzorem z serwetki (dzięki Asiu!). Myślę, że nic mu więcej już nie potrzeba.


Druga praca to romantyczny domek na klucze. Przecierki, serwetka i delikatne spękania Heritage + lekka patynka uzyskana bakłażanowym cieniem do powiek.


=I ostatnia rzecz - serwetnik z wzorem, który już kiedyś wykorzystałam na tacy, a który wciąż mi się niezwykle podoba. Wiem, że gdy się używa serwetnika zgodnie z jego przeznaczeniem, to głównego wzoru nie widać, ale za to jaka niespodzianka po wyjęciu ostatniej serwetki!

Pozdrawiam serdecznie poświątecznie!

Hopik

piątek, 2 kwietnia 2010

czwartek, 1 kwietnia 2010

Prace ręczne rozmaite:)

Rufusek nie wrócił, a żyć trzeba dalej, tym bardziej, że dużo się dzieje...

Dawno nic nie robiłam, bo miałam ostatnio sporo pracy, ale teraz już czas najwyższy. Za chwilę Wielkanoc, potem planujemy wycieczkę do Hiszpanii na tydzień do mojej przyjaciółki (która swe wrażenia spisuje na www.alicantecaliente.blogspot.com), co będzie ostatnim dalszym wypadem przed nadejściem Malucha (podobno ma przyjść 10 sierpnia)!!! I nie będzie czasu na prace ręczne!!! A roboty sporo. Jest bieliźniarka do renowacji do salonu, w której będziemy trzymać porcelanę. Trzeba się rozejrzeć za meblami ogrodowymi, bo stare spaliliśmy ostatniej jesieni, takie były już zniszczone. Mam pomysł na lekki lifting salonu (za pomocą tkanin). No a przede wszystkim trzeba urządzić pokój dla Malucha...

Pokój jest niebieski. Założenie ogólne jest biało-niebiesko-drewniano-beżowo (neutralnie, bo wciąż nie wiemy, kto do nas zawita...). Białe mebelki, drewniana podłoga (już jest), niebieskie ściany (są), beżowe, białe, niebieskie dodatki. Do tego wymyśliłam sobie pasy na jakieś 1,20 wysokości pokoju, które zamierzam sama zrealizować. Uwielbiam połączenie błękitu z beżem i brązem, np. coś takiego (obrazek pochodzi z www.stylecontent,com):


A poza tym w ogóle kocham paski i kratki. Kupiłam cudne koszyczki w Jysku, była na nie promocja:


Będą służyły do przechowywania wszelkich "niezbędników" pielęgnacyjnych. Plan przysposobienia pokoiku obejmuje wymalowanie już wspomnianych pasów, wstawienie łóżeczka, przewijaka i komódki. Regalik już jest, na nim zapewne staną koszyczki z Jyska i zabawki. Mam też już wieszaczek, jeszcze nie wiem gdzie go powieszę. Był bardzo kolorowy i nie podobał mi się. Potraktowałam go "Babim latem" Dekorala do drewna i metalu i przecierkami:


Zawiśnie w pokoiku dziecięcym na podręczne "przydasie".

Mam też skrzyneczkę własnej roboty na skarby. Zainspirowało mnie to zdjęcie, choć może trudno doszukać się związku:) (livingetc.com):


Chodziło o połączenie tylko dwóch kolorów. Podoba mi się połączenie brązu z różem, szarego z błękitem jak na skrzyneczce, ale też odwrotnie: brązu z błękitem i szarego z różem. Zawsze dobrze wygląda. Misie trochę mi się :) rozlały, ale mam nadzieję, że wciąż widać, że to miśki. Zrobiłam sobie szablon z kartonika przy pomocy dziurkacza ozdobnego. Napis odręcznie:

Zastanawiałam się, czy nie dać napisu po angielsku albo francusku. Ale stwierdziłam, że pojadę patriotycznie, a po drugie dobrze mi się miś komponował:) Pudełko jest prościutkie, tylko wieko jest ozdobione. W środku siedzi moja ukochana lala z dzieciństwa... Znalazłam ją po latach, wyprałam i może spodoba się naszemu brzdącowi:)

Pozdrawiam Wielkanocno-świąteczne!!!

niedziela, 28 marca 2010

Gdzie jest Rufusek....?

Znany także jako Pufek, Pufcio, Fufonek, Rufi, Rufonek, Fufu, Pućkus... czyli nasz rudzielec, kocur... Piękny, duży, wypasiony, z białą mordką, bursztynowymi oczami, różowym noskiem i różowymi poduszeczkami (pućkami)... Miał sześć lat. Zginął nam 18 marca,  czyli już półtora tygodnia temu:( Wyszedł na noc, jak to często ma w zwyczaju, i rano się nie stawił na śniadanko, co dla niego bardo dziwne, bo żarty z niego zwierz... Straciłam już nadzieję, że do nas wróci. Co dziwne, sąsiedzi z obu stron twierdzą, że go widzieli już po zginięciu. Trochę nie chce mi się w to wierzyć... Bo skoro był tak blisko domu, to czemu nie przyszedł?


Chciałabym napisać parę słów o Rufusie, bo to naprawdę wyjątkowy kot. Bardzo inteligentny i charakterny. Zawsze wiedział, jak się o nim mówiło i w ogóle wiedział, co się do niego mówi, tylko nie zawsze miał ochotę reagować:) Nie był specjalnie czuły, ale jak mu się zebrało na amory, to gdy przytulanki i udeptywanie sięgały zenitu, ślinił się, co wcale nie było obrzydliwe, ale raczej rozczulające. Uwielbiał APORTOWAĆ, ale tylko... gumki do włosów. Miał jakiś fetysz na tym punkcie. Miał też słabość do prania suszącego się na stojącej suszarce. Zdejmował pomniejsze części garderoby, takie jak skarpetki i majtki, i rozwlekał je po całym domu. Uwielbiał, jak go smyrać po pućkach i w środku ucha. Jego przysmaki to surowy kurczak, tuńczyk z puszki oraz woda po tuńczyku (aż się trząsł), śmietanka kremówka. Lubił spać w koszu i zawsze wybierał ten mniejszy, choć ledwie się w nim mieścił, wywalając różowe kopytka poza wejście koszyka. Zawsze go po nich smyraliśmy przechodząc obok.



Rok temu złamał lewą tylną nogę, w pięciu miejscach. Przez ponad dwa miesiące męczył się w gipsie, a my z nim... To było straszne. Już wtedy myśleliśmy, że go stracimy... Przeszedł trudne leczenie i się wylizał, żeby po roku się zgubić. Smutne to jest. To naprawdę niezwykłe, jaka więź może się wytworzyć między człowiekiem, a zwierzęciem. To moje "panieńskie" koty (bo mamy jeszcze jednego). Mój mąż nie był szczególnym fanem kotów, ale do tych się naprawdę przywiązał. Mój teść, który też za kotami nie przepada specjalnie, nasze polubił, a w szczególnym poważaniu ma Rufuska właśnie. Twierdzi, że to wyjątkowo mądry kot.

No i teraz musimy się przyzwyczaić żyć bez Rufa. Smutno nam. Na półpiętrze stoją wciąż dwie budki kocie, dwie miseczki... Wróci? Chyba już nie...

poniedziałek, 22 lutego 2010

W końcu mam coś do pokazania...

... a nie tylko wciąż te podróże i chleb:) Wszak nie samym chlebem człowiek żyje, czasem też dekupażem.

Straszyli nas, że będzie straszna zima do końca marca, a tu odwilż. I bardzo dobrze. Mamy już cztery medale na igrzyskach, czyli ogólnie nie jest źle. Ja mam ponad 200 stron do przetłumaczenia do 15 marca, oczywiście miałam kupę czasu na to, ale jak zwykle pracuje mi się najlepiej, gdy termin goni. Nawet już z tym nie walczę. Ten typ tak ma. Dziś z przyjaciółką stwierdziłyśmy, że to ma sens, bo tak wychodzi lepsza stawka za godzinę pracy, hehehehe.

Ale do rzeczy. Udało mi się zrobić cztery prace. Pierwsza to herbaciarka z wykorzystaniem szablonu, którym się chwaliłam jakiś czas temu.


Na początku chciałam, aby tekst stanowił wyłącznie tło pod motyw, ale tak mi się spodobała wersja basic, że postanowiłam nic nie naklejać. Dałam tylko spękania dwuskładnikowe (moje pierwsze doświadczenie z tymi spękaniami firmy Heritage, bardzo pozytywne zresztą, wcześniej pracowałam na Stamperii) i lekką patynę. W każdym razie szablon na pewno wchodzi w poczet moich ulubionych efektów. 

Następna praca to pudełko na dwie talie kart z hinduskim słonikiem na szczęście. Wykończenie jak w herbaciarce plus szaleństwo w postaci domalowanych kropeczek:)


Następny jest chustecznik, w którym wykorzystałam piękne (moim skromnym zdaniem) akwarelowe maki. Nie kombinowałam tu zbytnio w sensie domalówek czy wstążeczke, ponieważ serwetka jest wystarczająco zdobna.




I na koniec taca: połączenie bejcy i farby, lekka przecierka, serwetka oraz domalowanie krzywych rameczek. Bardzo lubię połączenie farby z bejcą, uważam że tak często jest ciekawiej. Zastanawiam się tylko, czy nie dorobić sepiowych cieniowań. Pomyślę jeszcze.




A poza tym czytam "Pod słońcem Toskanii" Frances Mayes. Kiedyś zrobiłam jedno podejście po obejrzeniu filmu, ale jakoś nie zmęczyłam. Teraz natomiast czyta mi się wspaniale! I tęsknię za słońcem i letnimi krajobrazami. Może dlatego lepiej mi "wchodzi", bo sama jestem po dużym remoncie? I może dlatego, że bardziej wgłębiłam się w uroki kucharzenia, włącznie z zamykaniem smaków lata w błyszczących słoikach i butelkach? Może po prostu ta książka jest dla trochę dojrzalszych (sic!) osób, które zaczynają się uczyć, jak doceniać drobne codzienne przyjemności w postaci smaków, widoków, miłych słów i gestów? Polecam tę książkę pachnącą pomidorami suszonymi na słońcu, zwłaszcza w przededniu wiosny, kiedy u nas jeszcze szaro i buro...

środa, 10 lutego 2010

Chleb nasz powszedni

Przede wszystkim witam serdecznie nowych obserwujących. Jest to dla mnie niezwykle miłe, że chce Wam się tu zaglądać. Aż się chce coś pisać.

Ale do rzeczy - od trzech tygodni piekę chleb. Chodziło mi to po głowie od dłuższego czasu, ale jakoś nie mogłam się za to wziąć. Przypadkiem dowiedziałam się, że koleżanka piecze i chętnie odda zaczynu na pierwszy chleb (dzięki Hania:). Pierwszy nie był zbyt udany. Nie wyrósł specjalnie, bo rozdzieliłam go na trzy foremki zamiast zamiast na dwie, a poza tym "przefajnowałam". W przepisie stoi, że ma być 1 kg mąki pszennej białej i pół kilo żytniej z pełnego przemiału, a ja dałam kilo pszennej z pełnego przemiału i pół kilo żytniej z pełnego przemiału, co sprawiło, że chleb był za ciężki. Ale teraz za każdym razem jest coraz smaczniejszy! Ostatnio wrzuciłam orzechów laskowych i śliwek suszonych, pychota! Wychodzą mi dwie duże foremki keksowe. Pół jednego oddaję mamie, a nam wystarcza na tydzień półtora. Jest niezwykle syty - mężowi wystarczają dwie kanapki z niego do pracy. Raz zrobiłam mu trzy, to nie zmęczył:) No i ma zbawienny wpływ na układ trawienny:D (ale mi się rymło!). Ma długą przydatność do spożycia - co najmniej tydzień, bo na więcej nam nie wystarczyło jak dotąd:)

A oto i on w blasku fleszy i bez:


 

Zabawne jest to, że to co uchodziło kiedyś za jadło najbiedniejszych - czyli ciemny chleb z otrębami - dziś uchodzi za rarytas, kosztuje majątek i doczekało się etykietki "ekologiczne" albo "organic". 

Warunkiem koniecznym upieczenia takiego chleba jest oczywiście zaopatrzenie się w zaczyn bądź zakwas. Można zrobić samemu, ale takim początkującym jak ja radzę znaleźć kogoś, kto użyczy. Pięknie pisze o chlebie i wypiekach Liska: http://pracowniawypiekow.blogspot.com/. Dużo można się też dowiedzieć tu: http://www.chleb.info.pl/. Dziewczyny są już niezwykle biegłe w tej sztuce.

A oto przepis z moimi drobnymi modyfikacjami:

1 kg  mąki pszennej (np. wrocławskiej)
0,5 kg mąki żytniej, razowej, graham lub orkiszowej
1 szkl. otrąb pszennych, owsianych lub orkiszowych
4 łyżeczki soli
4 łyżeczki cukru
4 łyżki oleju (ja daję oliwę z oliwek)
i teraz co kto ma pod ręką, np.:
pestki słonecznika
pestki dyni 
siemię lniane
orzechy, śliwki, rodzynki, sezam (i co jeszcze wyobraźnia podpowie - w przepisie podstawowym było po jednej szklance pestek z dyni, słonecznika i siemienia lnianego).

Suche produkty wymieszać, dodać 1,5 litra ciepłej wody, wymieszać (w przepisie było ręką, ale ja używam miksera i jakoś się chlebek na mnie nie obraził).

Dodać zaczyn, wymieszać.

Do słoika odłożyć pięć łyżek ciasta na zaczyn (na kolejny chleb). Odstawić do lodówki, przechowywać do siedmiu dni (wydaje mi się, że mógłby stać dłużej, ale u nas nie miał jeszcze takiej szansy).

Ciasto z zaczynem przełożyć do dwóch lub trzech (ja daję do dwóch) foremek keksowych wysmarowanych tłuszczem (u mnie oliwa) i wysypanych płatkami owsianymi (albo czymś innym na co mamy ochotę - sezamem, otrębami). Postawić w ciepłym miejscu (stawiam na ciepłym kaloryferze) na 8 godzin albo na noc, żeby wyrosło, przykryte folią srebrną wysmarowaną olejem, żeby się nie przyklejało (w przepisie jest mowa o ściereczce lnianej, ale jak dla mnie to niepotrzebny ambaras). Przed włożeniem do piekarnika posmarować górę zwilżoną dłonią albo spryskać spryskiwaczem.

Piec najlepiej w piekarniku z termoobiegiem.

- najpierw 10 minut w temp. 60 stopni,
- następnie podnieść temp. do 150 stopni i piec kolejne 10 minut,
- po czym podnieść do 180 stopni i piec przez godzinę,
- gorący wyjąć z foremek i postawić "do góry nogami", żeby się nie zaparzył.

Trochę czary-mary z tymi różnymi temperaturami, ale na razie tak robię, choć wyczytałam w necie, że można piec przez 1,5 godziny w 180 stopniach.

Smacznego!


wtorek, 19 stycznia 2010

Tym razem Wrocław...


Wygląda na to, że ostatnio więcej podróżuję, niż dekupażuję:) Ale to nie znaczy, że decou poszedł w odstawkę, o nie! Z koleżanką-entuzjastką zamówiłyśmy tonę rzeczy z Drewlandii. Akurat byłam we Wrocku, jak przyszła paczka. Mąż mówi, że omal się nie przewrócił, jak zobaczył te paki... A myśmy z tylu rzeczy jeszcze zrezygnowały:)))

Cały czas zapominam zabrać ze sobą aparat foto jak idę do mamy, żeby pstryknąć domek na klucze, który jej podarowałam. Ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Wczoraj też pobierałam nauki w Kreatywnie.com/Trojmiasto. Jakoś nie mogłam się zabrać za cieniowanie pittorico, choć teoretycznie wiem, czym to się je, więc postanowiłam dać się poinstruować od początku. Robiłyśmy tabliczkę na drzwi. Ja zostawiłam sobie puste miejsce, bo jeszcze nie wiem, jaki numer, a może literkę tam wstawię. Cieniowanie pittorico nie jest proste, ale na pewno jest to kolejny ważny krok w dekupażowaniu. Nie jestem do końca przekonana, czy jest to moja bajka, bo chyba wolę proste, graficzne formy (co zresztą widać w moich pracach), ale na pewno warto czasem tę technikę zastosować. Pierwsze koty za płoty!!!


 Teraz tylko powstała nowa lista zakupów...:D  Farby, gąbeczki...

Kupiłam też śliczny szablonik z literkami i nie mogę się doczekać, kiedy go zastosuję!


 Miniony weekend spędziłyśmy z moją kumpelą-dekupażystką u mojej przyjaciółki we Wrocławiu. To moja druga wizyta w tym mieście. Jest naprawdę piękne i wielkomiejskie w takim dobrym sensie. Dużo fajnych knajpek, w których siedzi dużo młodych ludzi... z laptopami!!! Jakoś w innych miejscach mi się to nie rzuciło w oczy (ale to może dlatego, że tu na miejscu nie "bywam" zbyt często). Dużo spacerowałyśmy, przede wszystkim po Ostrowie Tumskim i Rynku, jadłyśmy dobre rzeczy (w Mexico Barze oraz w restauracji indyjskiej, mniam...), długo spałyśmy i nigdzie się nie spieszyłyśmy... Czyli to, co najmilsze w życiu:) We Wrocku zima pełną gębą i oto co nas zachwyciło tuż przy Ostrowie, przy uroczym sklepiku z bibelotami o nazwie "Manufaktura":


 


Najbardziej podobał mi się Ostrów właśnie. Niesamowity klimat z przeszłości, miasto w mieście. Wokół zamarznięta Odra, a nieopodal piękny ogród botaniczny. Niestety w zimie zamknięty, ale pamiętam go z lata - zachwycający.


 
Na wyspę, na której leży Ostrów Tumski prowadzi most, rzecz jasna Tumski. Od niedawna (jak byłam tam pięć lat temu, to jeszcze tego nie było) kultywuje się tam nową świecka tradycję:) - a mianowicie zakładanie kłódek, które mają gwarantować wieczną miłość.


 
Ciekawe... A tu jeszcze Ostrów zza rzeki:


Rynek też jest piękny, choć jak już pisałam, "kościelna wyspa" zrobiła na mnie największe wrażenie. Niesamowitą choinkę mogli podziwiać wrocławianie i turyści, naprawdę piękna. Widać ją w tle. Zwróćcie uwagę na budynek stojący za nią. Podobno był pomysł, żeby cały rynek odbudować w takim stylu. Brrr... Na szczęście ten "genialny" pomysł upadł.


A tu Fredro pod puchową pierzynką:

I jedna z wielu uroczych ulic Wrocławia. Mam nadzieję się wkręcić bardziej w klimat, bo przyjaciółka pożyczyła mi aż cztery książki Marka Krajewskiego opowiadające o przestępstwach w Breslau:D


A tu detal ze spaceru bulwarem nad Odrą: podwójne oparcie.


Na pyszne kakałko poszłyśmy do Mleczarni. Bardzo klimatyczne miejsce. Po drodze przeleciało obok nas stado ptaków.


I to by było na tyle. Drugiego dnia nie brałam ze sobą aparatu, bo padał śnieg. Innym razem odrobię. A tymczasem pozdrawiam wszystkich, którym się chce tu zaglądać. Każda wizyta jest dla mnie bardzo miła! Witam serdecznie także nowe obserwatorki!

Mam nadzieję, że następnym razem uda mi się pokazać jakieś rękodzieło:)
Zatem do następnego!

Magda

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Poświątecznie i wycieczka do Torunia

Witam serdecznie w Nowym Roku!!! Mam nadzieję, że będzie lepszy niż poprzedni, czego i Wam serdecznie życzę!

Szczerze mówiąc to cieszę się, że Święta już minęły. Przede wszystkim ze względu na mój żołądek...:) Ale też przyjemnie jest wrócić do codziennych obowiązków po okresie laby. Taki zresztą jest chyba sens odpoczynku. Teraz tylko obserwuję, jak dni stają się coraz dłuższe i z wytęsknieniem czekam wiosny i lata... Te Święta to są tak na osłodę zimowych ciemności i słoty... Czeka się na nie i czeka, a jak miną, to kolejnym celem jest już wiosenna Wielkanoc!

Mogę już pokazać prezenty, jakie zrobiłam najbliższym pod choinkę. Dla siostry i brata zrobiłam tace na nóżkach, takie, na których można przynieść do łóżka śniadanko... Sama chyba też sobie taką sprawię, nader praktyczna rzecz.


Dla Mamy zrobiłam domek na klucze, ale nie zdążyłam go sfotografować. Następnym razem:)

W sobotę zrobiliśmy sobie ze znajomymi cudny wypad do Torunia. W Toruniu ostatnio byłam na ślubie koleżanki na studiach, ale nie miałam niestety czasu pozwiedzać tego wspaniałego miasta, a wcześniej w podstawówce na wycieczce szkolnej, z której najbardziej pamiętam planetarium. Mimo mrozu zrobiliśmy sobie solidny spacerek do ruin zamku, do krzywej wieży (naprawdę jest krzywa!), na szczyt ratusza, żeby podziwiać panoramę miasta, po muzeum w ratuszu, do katedry NMP. Jest naprawdę pięknie!!! A latem na pewno jeszcze piękniej.






Zajrzeliśmy też do planetarium na seans pt. "Gwiazda Betlejemska", na którym z mężem... przysnęliśmy trochę, bo tam było tak ciepło, ciemno i lektor przemawiał takim kojącym głosem... Niemniej uważam pokaz za bardzo interesujący. Dotyczył spekulacji czy rzeczona Gwiazda to mit, czy faktycznie jakieś zjawisko niebieskie, które mogło poprowadzić trzech mędrców do Jezusa. Wychodzi na to, że najprawdopodobniej w tym czasie z perspektywy Wschodu  (czyli skąd przyszli trzej mędrcy) nachodziły na siebie Jowisz i Wenus, dając podwójny blask.

Co mnie najbardziej w Toruniu uderzyło, to mnóstwo małych przyjemnych niespodzianek ukrytych to tu, to tam... Na przykład figurki mieszczan umieszczane na murach, ot, tak po prostu, żeby było ładnie.


 

Albo figurka kota, który ponoć uratował miasto przed Szwedami, widziana z ratusza... Niby nic, a cieszy.


Jest też minipomnik poświęcony profesorowi Filutkowi i jego pieskowi Filusiowi.


Nieopodal stoi piękny osiołek z brązu, ale jego historii niestety nie poznaliśmy.

Piękne też są dekoracje świąteczne wiszące nad całym rynkiem, ale nie tylko. Zaś na Rynku Nowomiejskim jest wspaniałe lodowisko i ogromna szopka bożonarodzeniowa. Gdybym miała czas to bym chętnie pojeździła na łyżwach.


Z drugiej strony zaskoczyło nas, że tak wiele budynków jest opuszczonych i zaniedbanych w okolicy Wisły. Aż wierzyć się nie chce, że nie ma chętnych, aby się nimi zaopiekować. Jedyne co mi przychodzi do głowy to nieuregulowane kwestie prawne, w wyniku których budynki popadają w ruinę. Szkoda, ale może to się wkrótce zmieni? Tym bardziej, że Toruń pretenduje do miana Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Jeszcze kilka słów o muzeum w ratuszu. Na piętrze jest wystawa malarstwa polskiego, co mnie średnio ciekawi, choć niektóre egzemplarze naprawdę świetne. Natomiast na dole w jednym skrzydle jest wystawa toruńskiego rzemiosła artystycznego. Niesamowite są wyroby rozmaitych cechów. Były tam i ogromne zamki z kluczami, kafle do pieców, wyroby z cyny, szyldy rozmaitych cechów i ich atrybuty, przedmioty codziennego użytku... No i wspaniałe formy do pierników! Misterne, skomplikowane, niezwykłe!

W drugim skrzydle jest wystawa gotyckich witraży, malarstwa i rzeźby. Naprawdę niesamowite, zobaczcie kilka. Wrażenie jest tym większe, jeśli wyobrazimy sobie, jak stare są te dzieła...






 




 

To tyle o naszej wycieczce... Już ostrzę zęby na następny wypad. Może Pelplin w połączeniu z Chełmnem?
Serdeczne pozdrowienia w Nowym Roku!
Magda

PS. Tym razem za obiektywem stał mój mąż.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...